Banner gora

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 grudnia 2014

Efekt Lisowskiej

Internet zalała fala hejtu w związku z reklamą, w której wzięła udział młoda piosenkarka, Ewelina Lisowska. Czy ten przypadek zmieni coś w naszym - i reklamodawców - myśleniu o celebrytach?

Przeróbka piosenki zachwalająca niskie ceny jednej z sieci marketów agd/rtv wielokrotnie powtarzana w telewizji i radiu (także publicznym - wyjątkiem jest Dwójka), kilka razy na godzinę, po dwa czy cztery razy w bloku reklamowym (wersja dłuższa i krótsza na koniec bloku) przyniosła chyba odwrotny efekt od zamierzonego. Na młodą piosenkarkę posypały się gromy ze strony internautów: że się sprzedała, że nie jest oryginalna; krytyka dosięgnęła także sieć sklepów, która głównie była dotąd znana z rozebranej Dody w innej serii reklam.

Internet kipi, śmieje się, rży wręcz, ale teraz już, zmęczony wpadającą w ucho melodią, przeklina i młodą celebrytkę, i wspomnianą sieć sklepów. Co takiego stało się, że w tym konkretnym przypadku kampania oparta na znanej, śpiewającej buzi, okazała się katastrofą?


Na początku kampanii łatwa wpadająca w ucho melodyjka, mimo banalnego tekściku, nie była czymś irytującym, jak to czasami się zdarza w przypadku wielu innych reklam, gdy od pierwszego momentu czujesz się traktowany jak idiota, którym niewątpliwie jest szanowny copywriter. Przyznam, że nawet zdarzyło mi się podśpiewywać do niej w samochodzie - do czasu!

Mamy niezbity dowód, że - przeciwnie niż w powiedzeniu Goebellsa o kłamstwie, które powtórzone tysiąc razy staje się prawdą - w reklamie nachalna, agresywna kampania może zniszczyć opinię o marce. Polskie agencje reklamowe dopiero uczą się, że w tej branży również ważny jest umiar, którego bardzo brakuje. I tak jak zmieniają się (powoli) główne ulice wielu miast, z których znikają nawtykane bylejakie reklamowe banery i szyldy, tak samo zmieniają się gusta nawet tych najbardziej przeciętnych odbiorców, do których przecież kierowane są tego typu slogany. Okazuje się, że przeciętny odbiorca reklam też ma swoją wrażliwość i próg bólu. A jego przekroczenie może być bolesne również dla reklamującej się firmy.


Trudno winić za udział w reklamie piosenkarkę-celebrytkę, choć stroi w niej głupie minki i odgrywa rolę słodkiej idiotki. Przyzwyczaili nas już do tego i piosenkarze, i aktoreczki, i wszelkiej maści telewizyjni przebierańcy. Co najmniej kilka osób doczekało się krytyki - wspomnijmy tylko Katarzynę Skrzynecką, zwaną "królową pasztetów".

Ale chyba coś jednak się zmienia. Ostatnio jechałem autobusem (w stołecznych środkach transportu na ekranach  LCD także wyświetlają się reklamy) i ze zdumieniem zauważyłem, że jakąś stronę internetową do nauki angielskiego reklamuje Michał Szpak i jakaś inna celebrytka, tak już mało istotna, że nawet niebywająca na portalach plotkarskich, które na które czasem z ciekawością badacza zaglądam. Efekt był kuriozalny, a reakcje pasażerów - bezcenne.

Czy kończy się era celebrytów, którzy z każdego billboardu nam coś "polecają"? Schemat się wyczerpuje. Szynka, obok której stoi roznegliżowana uczestniczka talent show, a obok napisane jest niby-odręcznie "POLECAM" nie sprawia, że wędlina staje się lepsza. I chyba coraz lepiej zdajemy sobie z tego sprawę.

A na koniec - do przemyślenia - jak mądrym posunięciem może być zaangażowanie aktora do reklamy - liczy się cel. Ukłony dla Bartka Topy.


czwartek, 21 lutego 2013

Cud anatomiczny...


 ... czyli o dniu, w którym język wszystkim nie w jamie, lecz na sercu leży


Anegdota, pewnie przez większość z Was znana, ale dobrych anegdot nie wstydzę się powtarzać: dzwoni telefon Michała Rusinka.
- Halo?
- Dzień dobry, czy rozmawiam z panem Michałem Rusinek?
- Proszę pani, ja się deklinuję!
- Ach, to przepraszam, zadzwonię za pół godziny.

Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego - budzę się rano, włączam telewizor (tak, posiadam jeszcze telewizor, z konieczności raczej aniżeli z wielkiej potrzeby; to wynajmowane mieszkanie, zapchana piwnica, nie ma go gdzie postawić, a skoro już musi stać, to niech nie służy tylko do zbierania kurzu, choć to jego równie istotna funkcja). Włączam więc telewizor i od pierwszych minut czuję, że dziś będzie jakoś inaczej i niezwyklej - że dziś oto wszyscy mnie będą pouczać "jak mówić i pisać poprawnie". Na czele, oczywiście, z TVN24, moją ulubioną stacją informacyjną, która urozmaica poranki, serwując mi na śniadanie kawałki z poprzedniego dnia, prognozę pogody, tzw. przegląd prasy (czytaj: prezentację jednego artykułu na tablecie pewnej marki i w gruncie rzeczy bardziej o ten tablet niż o jakikolwiek przegląd chodzi), rzut oka na stoki narciarskie i codzienną relację, jak to się budzi miasteczko Wilanów. Stacją "witam i zapraszam", w której najwięcej anakolutów, błędów, językowych niedociągnięć i przegięć się rozpleniło, na czele z "właśnie" na końcu zdania właśnie. ("Połączymy się z Renatą, która jest w Parlamencie Europejskim właśnie"; "Prezydent podpisał ustawę właśnie"; "Witam i zapraszam właśnie"). Właśnie!

W drodze do pracy towarzyszy mi pewna komercyjna stacja radiowa. Słucham tej stacji z pobudek patriotycznych - pielęgnuję w sobie polskość, tę polskość, która każe cieszyć się z cudzych ułomności. Słucham więc sobie zagranicznych piosenek i czuję, że nie jest jeszcze ze mną tak źle, że krową nie jestem, bo po kwadransie męczy mnie ta sieczka w komercyjnej stacji. Tam błędów na co dzień mniej, ale ile można popełnić błędów, jeśli emituje się właściwie same piosenki? Ale i tamta ekipa wyczuła pismo nosem i włączyła się do akcji czytania szeleszczących wierszyków. Fajne to w gruncie rzeczy, dobrze brzmi między angielskimi przebojami

Strach pomyśleć, co się wydarzy do północy: może pewna modelka, znana z reklamy biustonosza "push-up", oświeci mnie, jak make my polish sexy, może politycy wreszcie zaczną używać poprawnie zdań złożonych. Nie wiem, czy w dniu takim jak ten mam siłę iść do sklepu, by nie usłyszeć: "w czym mogę pomóc?", nie wiem, czy mam ochotę włączać się w różne projekty. Od projektów wolę gotowe przedsięwzięcia i realizacje, podobnie jak udekorowane, zamieszkałe domy od ich projektów właśnie.

A wszystko jakby przepasane wstęgą, miedzą zieloną, na niej z rzadka (dziś częściej) homilianci siedzą. I kazania mi o języku prawią.  Wczoraj i jutro walą byki jak torreadorzy na corridzie, ale dziś - dziś wszyscy jesteśmy polonistami, dziś nas to obchodzi, poza tym konkurencja zrobi z tego newsa, a więc i my musimy. Ciekaw jestem, czy wszystkie te stacje telewizyjne, gazety, portale internetowe z tej okazji zatrudniły korektorów i ekspertów od języka, których dawno temu pozbyli się byli, bo czytelnik, głupi, ważne że wejdzie, kliknie, pobierze content, a przy okazji obejrzy reklamy, nawet jeśli nie będzie kontent z byków, które walą państwo redaktorzy. Ważne, by klikalność była, oglądalność i żeby taniej, szybciej, krócej! Więc się posadzi jakąś studentkę-idiotkę, ażeby o Bieberze pisała dla idiotek, które jeszcze studentkami nie są, a jak się okaże, że dwa zdania do kupy sklecić potrafi, to będzie pisała o polityce, w końcu to jeden staw. Sadzawka. Kałuża. Mielizna.

Kończę studia, które - może to ich porażka, a może moja - nie uczyniły mnie językowym purystą; językiem posługuję się tak, jak przy całowaniu z języczkiem - na czuja. 56% Polaków, którzy w ciągu roku do ręki książki nie wzięli (może też dobrze całują, a trzymają się np. posady), z tym czuciem narodowego jęzora może mieć problemy. I pewnie to głównie do nich jest skierowana dzisiejsza akcja. Tylko po co ta fałszywa troska? Język jest co dzień. A z tą troską to jak z religijnością znacznej części Polaków - od święta. 

Nie żebym był pesymistą. Podoba mi się to. Raz do roku tylu ludzi uświadamia polonistom, że jednak do czegoś bywają potrzebni. Poza tym Goya, Zagrobelny i inni nagrali specjalne wersje swoich piosenek, z tekstów usuwając znaki diakrytyczne. I eureka! Wreszcie teksty te stały się interesujące i o czymś, nareszcie przykuły moją uwagę. 

Język polski jest ą-ę. Ale w pełni tylko na piśmie. Warto pamiętać, że "ę" w wygłosie:  ("proszę", "zrobię", "dziękuję" - jeszcze silnie akcentowane!) brzmi druzgocąco, jakoby z ust Izabeli Łęckiej czy pani Dulskiej. A doprawdy trudno mi się zdecydować, czy wolę to nasze społeczeństwo czy społeczeństwo z samych Łęckich lub Dulskich złożone. Chociaż - czy nie na jedno wychodzi?


wtorek, 19 lutego 2013

Court show

Helikopter nad konwojem, który doprowadził Katarzynę W. do sądu w Katowicach.
 Oglądałem na żywo rozpoczęcie procesu jednej z najbardziej "medialnych" postaci ostatnich dwunastu miesięcy. W przerwach pomiędzy relacjami z sali sądowej, sprzed sądu oraz transmisją z wspomnianego już helikoptera - rozmowy z gośćmi w telewizyjnym studio. Wśród nich - sędzia-celebrytka, Anna Maria Wesołowska, która sądziła swego czasu na głównej antenie TVN-u setki statystów z agencji aktorskich, co za dwieście złotych wcielali się w zbrodniarzy, złodziei, gangsterów i gwałcicieli. Wśród nich także kilku moich znajomych, łakomych - na sławę czy tych kilka stów? - doprawdy, sam nie wiem.
Katarzyna W. dała tabloidom wiele pożywki z własnego życia, wczoraj zaś próbowała bronić swojej prywatności i dóbr własnej rodziny, wnioskując wraz z obrońcą o utajnienie procesu. Analizę psychiatryczną pozostawiam ekspertom. Tragedię pozostawiam bliskim. Refleksję - nam wszystkim.
Nie jestem tylko pewien, gdzie odbywa się proces - tam, na sali w Katowicach czy w studiu, w blasku reflektorów? A może proces już dawno za nami?